sheena blog

Twój nowy blog

Odzyskałam hasło do bloga. W końcu.
Na razie posprzątałam. Znaczy się wywaliłam tysiącpięćset wpisów i komentarzy. Jakiś kosmiczny zalew spamu.
Nie wiem o co w tym chodzi i co dalej.

A w ogóle to zorientowałam się, że od pół roku (czyli odkąd rozsypał się mój komp) nie zaglądałam na swojego maila. Tam podobna ilość spamu, więc jeśli ktoś pisał do mnie, to błagam niech napisze jeszcze raz, bo nieprędko przekopię się przez tą tonę spamu.

Aaaa… i może ktoś wie, czy znajdę gdzieś moje ulubione linki?

Zmęczona jestem.

Wiem, ta sama melodia co zawsze.

Mam dość. Wszystkiego.

Też znajome, nie?

I sobie nie radzę. Ze wszystkim. I ze sobą przede wszystkim. Ale też z mężem, psem, domem, ogrodem, pieniędzmi, duszą i w ogóle…

Tylko błagam, niech mnie nikt nie przytula i nie pociesza, bo jebnę w mordę.

Nie chcę pocieszenia, nie chcę wsparcia. Muszę po prostu głośno pomyśleć.
Marudzenie mi wychodzi przy okazji. Samo.
I bokiem.
Że niby takie tralalala pierdupierdu.

Coś chciałam popisać, ale trudno mi się pozbierać.

O tym, że nie daję sobie rady z ogrodem
o tym że na chuj mi ogród, skoro i tak większość rzeczy przerasta i jest do dupy
o tym jak chujowo jest z pieniędzmi
o tym, że to wina męża
i moja
bo ja nie chcę nic zrobić, bo nie chcę tego robić za niego
chcę, żeby do kurwy nędzy stał się chłopem
żeby przestał żyć tym, co kiedyśtam dokonał
i zaczął dokonywać tu i teraz
nowych rzeczy
inaczej
niż kiedyś

i że chciałabym się w tym wszystkim odnaleźć

Rozsypał mi się komputer. Wiadomo, że komputer, zgodnie z odwiecznymi prawami Murphego wyleci w powietrze wtedy, kiedy wyrządzi najwięcej szkód.

Takoż i mój. Teraz, kiedy mam najwięcej roboty, obrobki zdjęci, nadrabiania zaległości on musiał wtrącić swoje trzy grosze i pójść na złom. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że jakiś czas temu dałam się przekonać swemu bratu do trzymania wszystkich danych, zwłaszcza tych ważnych, na dysku D (a nie na C, jak to się robi zazwyczaj).

Także w powietrze wyleciały „tylko” ulubione programy, ustawienia, skrzynka pocztowa, archiwum gg i inne takie. Dane, pracowicie przez ileś lat segregowane i układane w odpowiednich folderach zostały przekopiowane w identycznym układzie do komputera mężowskiego, który stał się moim :D. Jeszcze tylko „drobiazgi” typu: nie chodzi mi najważniejszy na świecie plik magazynowy (robiony w excelu), który zawiera całą moją wiedzę o towarze i posiada umiejętność zliczania wszystkiego niezależnie od tego, w którym kącie dany towar umieściłam. Więc teraz „tylko” należy go jakoś zreanimować.

No i odzyskać pięć tysięcy haseł do blogów, kont i innych miejsc, których oczywiście nie pamiętam – no bo wszystko miałam w pamięci mojego kompa. No i jak mam teraz zajrzeć do mojej ulubionej doktor Lecter, skoro nie tylko nie pamiętam jakie mam hasło, ale nawet jakiego maila używałam…

Także jakby ktoś potrzebował ze mną kontaktu na cito. to… hehe… sama nie wiem co. Bo tutaj innego maila nie zostawię, tamten muszę odzyskać, tutaj nie wiem jak często będę zaglądać, bo mam od metra odzyskiwania danych…

Więc jakbyco należy uzbroić się w cierpliwość…

Heh. Śmiesznie jest.

Małż podjechał do sąsiada po bronę. Wybronił cały ogródek ;)
A najpierw ztalerzował – cokolwiek to oznacza.
Brony widziałam. Takie kolce. No taka szczotka do ziemi. Rozbija grudy i wyrównuje.

Potem miał jechać po coś jeszcze, ale sąsiad powiedział, że on ma wprawę i sam to zrobi. Znakowanie zrobi.

Zachodziłam w głowę na zbója znakować traktorem i jakimś urządzeniem popartym specjalistycznymi umiejętnościami, żeby znaki robić. Przecież znaki, to można za pomocą dwóch patyków i sznurka…

Przyjechał sąsiad z jakimś ustrojstwem, którym porobił górki i dołi. No coś takiego co się na polu z ziemniakami czasem widuje.

Ucieszyłam się. Super, nie trzeba będzie dołków kopać, tylko już mam wykopane. Nasypać ziarenek, górki rozgarnąć, coby równo było i będzie super. Tak to jest, jak się wymyśla własne koncepcje :D

Przy kolejnym zbliżeniu zauważyłam sąsiadkę z córką, stojące z dwoma kijami.

A te to co? Natłuc mnie przyszły???

Otóż nie. Sąsiadki nadciągnęły z odsieczą.

W obliczu mojego przerażenia, pokazały jak się na górce robi dołek, jak się sypie nasionka i jak potem się zakrywa nasionka. Chociaż określenie „pokazały” nie jest do końca prawdziwe. Bo przy moim niewielkim współudziale to one głównie to robiły.

Teraz siedzę i się śmieję sama z siebie i swoich wyobrażeń jak to miało być. Jest zrobione tak, że można wjechać traktorem, żeby się pozbyć chwastów (ziela, jak tutaj mówią). Są górki, na szczycie których będą rosły roślinki i dołki, w których się chodzi i którymi przy sporych deszczach ma płynąć woda…

I to są takie momentyy, kiedy czuję, jak mi się cieszy serce. Że się tutaj przeniosłam. Że są jeszcze na świecie ludzie, którzy pomogą ot tak, bez proszenia. Bez interesu. Bez powodu.

Nieprzyzwyczajona jestem. Nie umiem na takie rzeczy reagować. No jakże to tak. One sobie nie sieją warzyw, bo za dużo roboty a mi przyszły pokazać jak to się robi. A gdzie „biznes is biznes”. Gdzie to wszystko, czego się uczyłam przez tyle lat. Że nie ma nic za darmo.

Trudno mi to przychodzi. To znaczy jest to bardzo fajne ale i bardzo trudne. Tak się przestawić na życzliwość… Na taką zwykłą, ludzką życzliwość. I to nie w ramach jakiejś akcji, tylko po prostu… Zapomniałam, że tak może być…

Także ogródek mam po części zasadzony. W większej części. Na cieplejszy okres czekają jeszcze ogórki i fasolka. Kurde, Patrzę na to i własnym oczom nie wierzę. Mam na kartce rozrysowany schemat co jest gdzie. Będę patrzeć jak mi rośnie :D

Podchodzę do tego z taką dozą niepewności, obaw, że to aż trudno opisać. Czy będzie mnie to bawiło? Czy da mi to radość. A może będę się męczyła i klęła na czym stoi?

Ale dzisiaj mam w oczach radość. Ogromną radość.

Acha. A poza tym opieliłam dwa krzaki porzeczki, przejechawszy ją wcześniej sekatorem. A dwa dni wcześniej zaczęłam odkrywać maliny w trawie. I robić im miejsce. I czeka mnie jeszcze przekopanie się przez maliniak główny.

I małż namoczył wiadro orzechów. Wsadzimy w ziemie i sprawdzimy co wyrośnie. A z moich szaleństw z sekatorem pozostało kilka gałązek porzeczki, które się teraz moczą i jutro pójdą do gleby.

I w ogóle to strasznie to wszystko przeżywam. Strasznie pozytywnie :D

Cudnie jest.

…żywię się głównie owsianką (na mleku) z jabłkiem.

Zastanawiam się jak długo tak mogę, żeby nie zrobić sobie jakiejś krzywdy. Bo na razie upajam się przyjemnością robienia kupy kilka razy dziennie (a nie raz na kilka dni) i uczuciem, że w końcu nic mi w środku (żeby nie powiedzieć „w dupie”) nie ciąży.

Tak najzupełniej fizycznie, bez żadnych duchowych podtekstów.

Waga też z wolna ruszyła w dół (najpierw, powoli, jak żółw ociężale…). Mam nadzieję, że zjadę z 10 kg, to może będę w stanie w ogóle się ruszyć z miejsca. Niekoniecznie turlając.

I czekam na kilka dni bez deszczu, kiedy srając – tym razem ze strachu – będę siała własne zioła i warzywka. Sterta torebek z ziarenkami leży i czeka. A ja na razie ani nie mam pojęcia jak się za to zabrać ani co obok czego sadzić. A co się z czym gryzie. Jedyne co wiem, to żeby takie rzeczy jak rzodkiewka, sałata czy szczypiorek siać na trzy razy (co tydzień), żeby rozdzielić ten piękny moment, kiedy wszystko (na raz) będzie gotowe.


Z demota:
Spytano parę staruszków, jak wytrzymali ze sobą 50 lat.
Odpowiedzieli:
„Bo widzi Pan, urodziliśmy się w czasach, kiedy jak coś się psuło, to się to naprawiało a nie wyrzucało do kosza”

(bo nie wiem, czy demoty nie są kiedyśtam usuwane, więc to co najważniejsze chciałam przepisać)

Tak się czasem zastanawiam.

Mam tą depresję czy jej nie mam?

Bo zasadniczo to dolegają mi zaburzenia lękowe. W sensie że się boję. Większości rzeczy. W sensie, że najmniejszy stres budzi u mnie lęk. Tym lękiem może być prerspektywa, że gdzies stoi radar. I chociaż do piratów drogowych trudno mnie zaliczyć, to perspektywa załapania się na fotkę okolicznościową budzi ten lęk.

Często źle się czuję. Czasem są to przyczyny konkretne. Jak ból kręgosłupa. Jak bardzo bolesne sztywnienie pleców, kiedy mięśnie spinają się tak, że aż się czuje, że wszystko się usztywnia. Albo to, co mnie bardzo męczy ostatnio. Bóle stawów. I ograniczenie ruchomości stawów. I ból, jeśli próbuję ją przekraczać. Bo boli tak, jakby ktoś mi wyłamywał staw.

To są takie rzeczy, których jeszcze 10 lat temu bym nie zrozumiała. A teraz się czuję jak stara, schorowana baba. Tak patrząc po metryce ze 20 lat starsza.

Bardzo źle znoszę zimno. A tu jest mi permanentnie zimno. Mam takie wrażenie, że w poprzednim wcieleniu musiałam być misiem. Albo innym stworzeniem, które zapada w sen zimowy. Bo ciągle bym spała. Pod dwoma kołdrami.

Ciągle chce mi się spać. Łóżko staje się moim ulubionym meblem. Łóżko i dwie kołdry. Kiedy budzę się rano i czuję takie przyjemne ciepło w stawach, nie chce mi się wstawać, wychodzić z łóżka. Bo w łóżku jest mi dobrze. Ciepło.

Nie wiem czemu ciągle mi jest zimno. Przestaje mi być zimno dopiero w temperaturze, w której pozostali domownicy zastanawiają się, czy nie porzucić t-shirtów na korzyść kostiumów kąpielowych. Ja wtedy zdejmuję z siebie zewnętrzną warstwę polaru. Znaczy się taką koszulę wyglądającą jak flanelowa z grubą zimową podpinką. Zajebałam mężowi. On ma taką drugą i w niej wychodzi w zimę na dwór zamiast kurtki. A ja ją zakładam na ocieplaną kamizelkę, polar i bluzkę…

I wiecznie jestem zmęczona. Teraz też kończę tą notkę po trzygodzinnej „drzemce”.

I tyję. Ciągle tyję. Już nawet cukier ograniczyłam do kawy. Do jednej kawy, którą wypijam dziennie. Odkąd się tutaj przeprowadziliśmy przybyło mi ponad 10 kilo… Kolejne 10 kilo, jeśli mnie ktoś pamięta. Od początków tego bloga różnica przekroczyła 35 kilo… Czuję się jak gruba baba. Jakbym założyła na siebie taki gruby kombinezon nie pozwalający się ruszać. Nie pozwalający na wygodne podtarcie tyłka. Czy założenie skarpetek. Wszystko jest trudne, potwornie trudne.

Pomijając już świadomość, że w tym roku kończę pewną magiczną granicę wiekową, co nie poprawia mi humoru – przestałam się czuć jak atrakcyjna młoda laska. Za którą się każdy obejrzy. Teraz się czuję jak stara baba. Stara obolała baba.

I na nic nie mam siły. Wszystko jest męczące. Cholernie męczące. Nawet spacer z psem jest męczący. I bolący, bo oczywiście natychmiast zaczyna o sobie przypominać kręgosłup oraz obolałe pięty. Boso, ale w ostrogach? Dzięki, ostróg bym się chętnie pozbyła. Niestety nie udaje się. Ani laserem ani ultradźwiękami. Pięty jak bolały tak bolą. Bolą bardziej, bo jest mnie więcej.

TSH sprawdzałam. Na razie w normie. Czyli przynajmniej tutaj pudło. Może na szczęście. Może, bo to oznacza, że tarczyca się nie pogarsza. Ale przecież to wszystko z czegoś musi wynikać.

Coś innego chciałam napisać, wyszło coś innego…

Późno. Ale jakoś tak usiadłam do pracy i tak dobrze mi się pracowało, że nawet pan mąż wymiękł i stwierdził, że idzie spać bo nie będzie mi przeszkadzać…

Ostatnio tak sobie myslałam o różnych rzeczach i pomyslałam, że warto to zapisać w blogu. Ale teraz, kiedy otworzyłam notkę… nagle okazuje się, że nie pamiętam o czym miałam pisać.

Tak sobie dzisiaj jechaliśmy z panem mężem i dyskutowaliśmy i w końcu dotarło do mnie, co mi tak naprawdę przeszkadza w tym kraju. W zasadzie w tej całej cywilizacji.

Poczucie, że prawo mnie ogranicza a nie chroni.

I to burzy moje poczucie sprawiedliwości i chęć życia w zgodzie z narzucanymi mi wartościami.

Bo mam takie dziwne wrażenie, że tu, w tym kraju jeśli pierdnę w złym miejscu, to znajdzie się na to paragraf i mnie ukarzą. Ale to samo prawo mnie nie broni. Tak jak było z tym oszustem allegrowym. Bo co by było gdyby nie istniało ubezpieczenie transakcji? Albo gdybyśmy – jak dość często to robimy – sfinalizowali sprawę poza allegro?

Kiedyś kupiliśmy laptopa. Zapłaciliśmy i sprzedawca zapadł sie pod ziemię. Drobiazg – 1200 zeta. Czy coś koło tego. I dużo i niedużo, zależy od perspektywy. Oczywiście warunkiem wypłaty ubezpieczenia jest zgłoszenie sprawy na policję. To zgłosiliśmy. Podając wszystkie dane przekazane przez allegro, numer konta na który poszła wpłata, telefony z których gość korzytał… Trzy miesiące (może później) przyszła dezycja o umorzeniu sprawy z powodu niewykrycia sprawcy. Bo w naszym państwie prawa takiego człowieka nie można namierzyć. I nie wysyła się za nim żadnego listu gończego cy cuś, tylko umarza sparwę…

I można pisać zażalenie do fabryki papieru toaletowego…

Ja się boję wyciąć drzewo we własnym lesie bez odpowiedniego pozwoleństwa. Ludzie się nie boją wycinać drzewo z czyjegoś lasu bez żadnych pozwoleństw. Mnie stresuje, że nam radar błysnął (nie wiem czy nam, ale w sensie że widzieliśmy błysk), chociaż jechaliśmy z dobrą prędkością, kierowca nie gadał przez telefon komórkowy i nie przejechaliśmy na czerwonym świetle. Bo o tym radarze, na tym skrzyżowaniu właśnie przed chwilą rozmawialiśmy, że to taka nowość na testach, taki kombajn, który te wszystkie przewinienia potrafi rejestrować.

Ot, taki pojebany charakter, który MUSI być w porządku.

I męczy mnie perspektywa nowych systemów monitorowania ruchu – na przykład mierzących czas pzrelotu na jakimś odcinku i wyliczających czy jest to czas zgodny z przepisami na danym odcinku. I to mnie tak przytłacza… Takie ograniczenie, taka… permanentna inwigilacja… Bo ktoś postawi w danym miejscu znak ograniczenia prędkości całkiem z sufitu. Bo jak się jedzie wolniej to jest bezpieczniej. Fakt. Ale może przestańmy jeździć i zacznijmy chodzić? Albo w ogóle się połóżmy, bo przecież jak się chodzi to się można przewrócić…

Gdzieś jest taka granica, za którą człowiek zaczyna czuć się zaszczuty. Za którą ilość ograniczeń ze strony państwa, ilość narzutów co mam robić, jak mam oddychać, jak srać i którą ręką podcierać tyłek… I gówno mnie interesuje, że to dla mojego dobra. Mam dosyć  tych, którzy wiedzą lepiej jak mam żyć, żeby mi było lepiej.

A sprawa ACTA i pochodnych? Kolejne przestrzenie życia, które próbują objąć kontrolą. Zmuszenie providerów do monitorowania tego jak i kiedy korzystam z sieci. Programy szpiegujące na które wydawana jest publiczna kasa. Miliony ludzi płaci pieniądze (w podatkach) żeby być później szpiegowanym… cud miód malina, gówno w czterech smakach…

A ZUS? Czy ktoś jeszcze łudzi się, że dzięki tej pojebanej instytucji będzie sie w stanie godnie leczyć i godnie żyć na emeryturze?
A przecież kto jak kto – ale ja akurat umiem liczyć i wiem, ile co miesiąc było odprowadzane od mojej pensji do różnych budżetów.

Nie lubię być nie w porządku.

Ale jak mogę być w porządku, jeśli do wyboru mam dwa wyjścia: albo oni mnie (oszukują) albo ja ich…

To już bardziej nie chcę być męczennikiem.

Przykłady można mnożyć. Nasze dzieci nie mogą być wychowywane w takiej swobodzie w jakiej my byliśmy wychowywani. A z roku na rok jest coraz gorzej. Czuję się (potencjalnie, bo jako że nie posiadam małych dzieci to mnie to nie dotyczy) trzymana w szachu, że jeśli nie będę wychowywała dziecka w zgodzie z czyimiś (bo nie moimi) poglądami, to zostanie ono odebrane i przekazane pod opiekę tych, którzy wiedzą lepiej…

Zresztą, pamiętam tych wszystkich mądrych, którzy dyktowali jak mam postępować z młodymi nie bacząc na wszystko inne…

A potem sie zastanawiam czy te moje dywagacje mają sens, czy też są klasycznym objawem jakiejść depresji…

Dobra, starczy, może sprawdzę, czy mnie nie ma w łóżku…

ku pamięci:
a miałam napisać coś o dr. Housie, może będzie mi się chciało, to wrócę do tematu..

Kurna

Brak komentarzy

Nie wiem co się pozmieniało, ale się pozmieniało.
Znaczy się ja nic nie zmieniałam. Ale nagle nie mogę poczytać sobie komentarzy tak zwyczajnie. Nie tylko w innych blogach ale też i w moim. Nawet nie wiem czy jak skomentuję, to coś zobaczę.
Ktoś wie jak to odkręcić?

p.s.
sory, że tutaj, ale komentarzy nie widać, więc nie wiem czy przeczytałaś
—>Dorothea
Zaczęłam czytać, jakoś mi ostatnio tak nie po drodze…
Co do ochoty… ja o tym temacie akurat z Tobą, to mogę dyskutować do bólu. Za to o polityce – wcale ;)
Przez „nie mam ochoty pisać o sferze duchowej” chciałam powiedzieć, że nie chcę publicznie pisać o tym wszystkim co się przetacza we mnie, w środku. Co się zmienia jak się zmienia. Itepe. O innych (jak bohater książki) – mogę bez problemów.
Ale od dwóch dni ja to zła kobieta jestem. Bardzo zła. I dziwnie mi z tym.

Logicznie wiem, że nie jest to mój kierunek rozwoju. Ale jestem tak zła na zło że aż jestem zła. I nie mam ochoty się zmieniac, bo jak się zmienię, to znowu dostanę wpierdol. Nie wiem czy to mozna zrozumieć.

Nie bardzo mi po drodze ostatnimi czasy z pisaniem. Tak jakbym straciła umiejętność przelewania tego co we mnie tkwi na klawiaturę. To znaczy jest część rzeczy, których nie chcę publicznie pokazywać. Bo nie chcę się z nich tłumaczyć. A nikt, kto mnie dobrze nie zna nie zrozumie tego „co autor miał na myśli”.

Najwięcej co się dzieje – dzieje się w sferze duchowej. A ta jest ostatnią o której mam ochotę pisać.

Małż budzi emocje skrajne. Albo go uwielbiam, albo szczerze nie znoszę. Bywa że naprzemiennie.

Młoda niby lepiej… ale też potrafi dać się we znaki.

Piesa… w zasadzie można napisać to samo co o młodej.

Kota też.

Dzisiaj rozpalałam w kuchni – i tak sobie myślałam ile jeszcze czasu upłynie, zanim zdecyduję się na rozwaleniem jej i wstawieniem w to miejsce jakiegoś pieca na pelet czy inne ekogówno. Niekoniecznie rzecz jasna w tym akurat miejscu. Ale z racji, że ta kuchnia robi za centrum dostarczające ciepłą wodę do kaloryferów, więc bez niej się nie da. I tak sobie rozpalałam i myślałam, jak to się zmienia perspektywa. Dla innych, oglądających takie kuchnie (w sensie że kaflowe) – coś takiego oznacza żywy ogień. Mnie w tej chwili zaczyna się kojarzyć z kilogramami kurzu. Z brudem nie do opanowania. Wszędzie gdzie do tej pory mieszkałam narzekałam na kurz. Teraz się mogę przyznać. Zaczynam rozumieć ludzi, którzy mi cały czas, jak komu dobremu (bezskutecznie) tlumaczyli, że w pokoju kominkowym się bardzo kurzy. Że ściany bardzo się brudzą. Teraz rozumiem. Kiedy po dwóch dniach na parapecie jest więcej kurzu, niż w poprzednim domu po dwóch miesiącach.

Chyba zaczynam przechodzić kryzys.

Oczywiście z jednej strony nadal mi się podoba. Przestrzeń. Spokój. Cisza.

Z drugiej strony uwiera w dupę brak cywilizacji. W sensie udogodnień życia, do których się przyzwyczaiłam.

Tak, wiem, powoli. Kiedyś zrobimy remont i urządzimy tak, żeby było wygodnie.

Ale na razie przeszkadza.

I dystans zaczyna powoli przeszkadzać.

Ciekawe, czy się przyzwyczaję. Czy przejdzie. Czy też wręcz odwrotnie, będzie przeszkadzał coraz bardziej…


  • RSS