|
BLOG
ANTY-POKEMONOWY
|
Nie pytaj mnie dlaczego tak napisałam tak pomyślałam tak czuję. Piszę dlatego, że myślę, czuję Więc nie pytaj mnie dlaczego sheena bloguje..."Jeżeli problem ma rozwiązanie - to nie ma co się martwić,
jeżeli jednak nie ma - to martwienie się niczego nie zmieni". 2012-05-18 18:26:36 Prawa Murphego... Rozsypał mi się komputer. Wiadomo, że komputer, zgodnie z odwiecznymi prawami Murphego wyleci w powietrze wtedy, kiedy wyrządzi najwięcej szkód. Takoż i mój. Teraz, kiedy mam najwięcej roboty, obrobki zdjęci, nadrabiania zaległości on musiał wtrącić swoje trzy grosze i pójść na złom. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że jakiś czas temu dałam się przekonać swemu bratu do trzymania wszystkich danych, zwłaszcza tych ważnych, na dysku D (a nie na C, jak to się robi zazwyczaj). Także w powietrze wyleciały "tylko" ulubione programy, ustawienia, skrzynka pocztowa, archiwum gg i inne takie. Dane, pracowicie przez ileś lat segregowane i układane w odpowiednich folderach zostały przekopiowane w identycznym układzie do komputera mężowskiego, który stał się moim :D. Jeszcze tylko "drobiazgi" typu: nie chodzi mi najważniejszy na świecie plik magazynowy (robiony w excelu), który zawiera całą moją wiedzę o towarze i posiada umiejętność zliczania wszystkiego niezależnie od tego, w którym kącie dany towar umieściłam. Więc teraz "tylko" należy go jakoś zreanimować. No i odzyskać pięć tysięcy haseł do blogów, kont i innych miejsc, których oczywiście nie pamiętam - no bo wszystko miałam w pamięci mojego kompa. No i jak mam teraz zajrzeć do mojej ulubionej doktor Lecter, skoro nie tylko nie pamiętam jakie mam hasło, ale nawet jakiego maila używałam... Także jakby ktoś potrzebował ze mną kontaktu na cito. to... hehe... sama nie wiem co. Bo tutaj innego maila nie zostawię, tamten muszę odzyskać, tutaj nie wiem jak często będę zaglądać, bo mam od metra odzyskiwania danych... Więc jakbyco należy uzbroić się w cierpliwość... skomentuj (4) 2012-04-24 22:48:56 Marchewkowe... pole rośnie wokół mnie... Heh. Śmiesznie jest. Małż podjechał do sąsiada po bronę. Wybronił cały ogródek ;) A najpierw ztalerzował - cokolwiek to oznacza. Brony widziałam. Takie kolce. No taka szczotka do ziemi. Rozbija grudy i wyrównuje. Potem miał jechać po coś jeszcze, ale sąsiad powiedział, że on ma wprawę i sam to zrobi. Znakowanie zrobi. Zachodziłam w głowę na zbója znakować traktorem i jakimś urządzeniem popartym specjalistycznymi umiejętnościami, żeby znaki robić. Przecież znaki, to można za pomocą dwóch patyków i sznurka... Przyjechał sąsiad z jakimś ustrojstwem, którym porobił górki i dołi. No coś takiego co się na polu z ziemniakami czasem widuje. Ucieszyłam się. Super, nie trzeba będzie dołków kopać, tylko już mam wykopane. Nasypać ziarenek, górki rozgarnąć, coby równo było i będzie super. Tak to jest, jak się wymyśla własne koncepcje :D Przy kolejnym zbliżeniu zauważyłam sąsiadkę z córką, stojące z dwoma kijami. A te to co? Natłuc mnie przyszły??? Otóż nie. Sąsiadki nadciągnęły z odsieczą. W obliczu mojego przerażenia, pokazały jak się na górce robi dołek, jak się sypie nasionka i jak potem się zakrywa nasionka. Chociaż określenie "pokazały" nie jest do końca prawdziwe. Bo przy moim niewielkim współudziale to one głównie to robiły. Teraz siedzę i się śmieję sama z siebie i swoich wyobrażeń jak to miało być. Jest zrobione tak, że można wjechać traktorem, żeby się pozbyć chwastów (ziela, jak tutaj mówią). Są górki, na szczycie których będą rosły roślinki i dołki, w których się chodzi i którymi przy sporych deszczach ma płynąć woda... ... I to są takie momentyy, kiedy czuję, jak mi się cieszy serce. Że się tutaj przeniosłam. Że są jeszcze na świecie ludzie, którzy pomogą ot tak, bez proszenia. Bez interesu. Bez powodu. Nieprzyzwyczajona jestem. Nie umiem na takie rzeczy reagować. No jakże to tak. One sobie nie sieją warzyw, bo za dużo roboty a mi przyszły pokazać jak to się robi. A gdzie "biznes is biznes". Gdzie to wszystko, czego się uczyłam przez tyle lat. Że nie ma nic za darmo. Trudno mi to przychodzi. To znaczy jest to bardzo fajne ale i bardzo trudne. Tak się przestawić na życzliwość... Na taką zwykłą, ludzką życzliwość. I to nie w ramach jakiejś akcji, tylko po prostu... Zapomniałam, że tak może być... Także ogródek mam po części zasadzony. W większej części. Na cieplejszy okres czekają jeszcze ogórki i fasolka. Kurde, Patrzę na to i własnym oczom nie wierzę. Mam na kartce rozrysowany schemat co jest gdzie. Będę patrzeć jak mi rośnie :D Podchodzę do tego z taką dozą niepewności, obaw, że to aż trudno opisać. Czy będzie mnie to bawiło? Czy da mi to radość. A może będę się męczyła i klęła na czym stoi? Ale dzisiaj mam w oczach radość. Ogromną radość. Acha. A poza tym opieliłam dwa krzaki porzeczki, przejechawszy ją wcześniej sekatorem. A dwa dni wcześniej zaczęłam odkrywać maliny w trawie. I robić im miejsce. I czeka mnie jeszcze przekopanie się przez maliniak główny. I małż namoczył wiadro orzechów. Wsadzimy w ziemie i sprawdzimy co wyrośnie. A z moich szaleństw z sekatorem pozostało kilka gałązek porzeczki, które się teraz moczą i jutro pójdą do gleby. I w ogóle to strasznie to wszystko przeżywam. Strasznie pozytywnie :D Cudnie jest. skomentuj (5) 2012-04-19 12:19:22 Od kilku dni... ...żywię się głównie owsianką (na mleku) z jabłkiem. Zastanawiam się jak długo tak mogę, żeby nie zrobić sobie jakiejś krzywdy. Bo na razie upajam się przyjemnością robienia kupy kilka razy dziennie (a nie raz na kilka dni) i uczuciem, że w końcu nic mi w środku (żeby nie powiedzieć "w dupie") nie ciąży. Tak najzupełniej fizycznie, bez żadnych duchowych podtekstów. Waga też z wolna ruszyła w dół (najpierw, powoli, jak żółw ociężale...). Mam nadzieję, że zjadę z 10 kg, to może będę w stanie w ogóle się ruszyć z miejsca. Niekoniecznie turlając. I czekam na kilka dni bez deszczu, kiedy srając - tym razem ze strachu - będę siała własne zioła i warzywka. Sterta torebek z ziarenkami leży i czeka. A ja na razie ani nie mam pojęcia jak się za to zabrać ani co obok czego sadzić. A co się z czym gryzie. Jedyne co wiem, to żeby takie rzeczy jak rzodkiewka, sałata czy szczypiorek siać na trzy razy (co tydzień), żeby rozdzielić ten piękny moment, kiedy wszystko (na raz) będzie gotowe. skomentuj (3) |