|
BLOG
ANTY-POKEMONOWY
|
Nie pytaj mnie dlaczego tak napisałam tak pomyślałam tak czuję. Piszę dlatego, że myślę, czuję Więc nie pytaj mnie dlaczego sheena bloguje..."Jeżeli problem ma rozwiązanie - to nie ma co się martwić,
jeżeli jednak nie ma - to martwienie się niczego nie zmieni". 2010-01-28 18:03:58 To (wszystko) minie jak zły sen, jak tragifarsa, komediodramat... Raport z dnia dzisiejszego: Dzisiaj młody wykonał TYLKO dwa kursy (chyba powinnam być z niego dumna...) w sprawie badań... Rano poświęcił trzy godziny na oddanie kubeczka z moczem a następnie zbajerowanie pań pielęgniarek, żeby mu tą krew po jedzeniu pobrały... A po płołudniu kolejne 4 godziny, żeby poodbierac wyniki i wstemplować je do książeczki... Po czym powrócił radośnie przed chwilą (czytaj godzina prawie osiemnasta) i się zapytał gdzie jest w City ulica czumy, bo tam może wystąpić o zaświadczenie o niekaralności... Ja z lekka zgupłam, bo wcześniej zeznawał, że to można załatwić w naszej mieścinie (czyli w miasteczku po sąsiedzku) - i że tam mu kazał to robić przyszły pracodawca... I się zapytałam czemu tego nie załatwił po drodze. Bo sąd jest oczywiście po drodze i dzisiaj koło niego przejeżdżał co najmniej 4 razy. I wczoraj ze cztery do sześciu... I przedwczoraj ze trzy (już po uzyskaniu skierowań) ...bo on nie pomyślał, że to może załatwić równolegle... Uprasza się wszystkich świętych o trzymanie mnie mocniej, bo zaczynam się wyrywać... Testy IQ kłamią. Muszą kłamać. I moje odczucia o inteligencji młodego też musza kłamać. To musi być debil... skomentuj (4) 2010-01-28 09:21:57 Ludzie, myślcie, to nie boli? Zaczęłam pisać odpowiedź w komentarzach, ale doszłam do wniosku, że jeszcze coś muszę napisać w notce i że w sumie to ja to mogę w całości powiesić w notce, to bo jedna całość... Zacznę od relacji z dzisiaj: Młody wstał, nasiusiał do kubeczka, zjadł śniadanie i... ...zdziwił się, że krew trzeba oddać na czczo... ...i pojechał do przychodni zawieźć kubeczek... Powiem tak: próbuję się z tego śmiać. Bardzo próbuję się z tego śmiać. Szczęście zresztą też. Bo jak się nie będziemy z tego śmiać, to się będziemy wkurwiać. Niestety już się wkurwiamy. I jeśli wszystko dalej pójdzie tak jak idzie, to młody za dwa dni znowu zostanie wyprowadzony z domu... Odnośnie przyczyn takiego a nie innego zachowania, to stworzyłam swoją teorię na ten temat. Nie wiem, czy jest czegokolwiek warta, ale jest... ...myślę, że to jest kwestia braku pracy nad sobą... moja teoria na chwilę obecną jest taka: 1. gówniarz jest zdecydowanie inteligentny (to założenie podstawowe w tej teorii) 2. ale w głowie ma sieczkę (znam ten objaw, ja go u siebie nazywam pralką automatyczną, bo moja była bardziej uporządkowana) 3. równocześnie z wykonywaniem innych czynności (pracy, słuchania kogoś) myśli o czymś innym. Czyli mówiąc wprost nie koncentruje się na tym co robi. 4. w efekcie ani nie robi efektywnie (no bo jak można robić takie rzeczy jak odśnieżanie koncentrując się wyłącznie na tym, toż to urąga jego genialnej inteligencji - a jak słucha też dociera do niego niewielki ułamek, bo jakieś pojedyńcze słowo zawiesza proces słuchania i puszcza jego myśli w dowolnym kierunku, a dalsza część czyjejś wypowiedzi pozostaje tylko hałasem tła...) Zagadnienie myślenia o 17 rzeczach na raz znam, bo przerabiałam na własnej skórze. Sprowadza się do tego, że siedząc w pracy nie skupiasz się na pracy, tylko myślisz o tym: - jakie zakupy masz zrobić po drodze - jak się pokłócisz z babką, która zawsze Ci próbuje wcisnąć starą wędlinę - natkniesz się znowu na ten zlot starych plotkach na podwórku i może im należałoby coś powiedzieć - w domu masz do zrobienia.... - trzeba przypomnieć coś mężowi, pogonić dziecko do lekcji - trzeba pamiętać o sprawdzeniu zeszytu bo coś mi się wydaje, że dziecko nie ze wszystkim sobie radzi - nie mogę zapomnieć i muszę poprawić w końcu paznokcie, bo już ich wygląd urąga prawu pojawiania się między ludźmi - a szefowa to zaraz się przypierniczy, że nic nie robię stara zołza - ciekawe co zrodzona, kalevala, doktorka, kolorowa .... napisały dzisiaj... - i ciekawe co zrodzona odpisala na mój wczorajszy komentarz - a w ogóle to muszę pamiętać, żeby kupić spodnie dresowe, bo nie będę miała w czym iść na... - i miałam zadzwonić do mamy/taty/koleżanki/chuj wie kogo, znowu zaopomniałam - a może ja mam coś z pamięcią i jakiś bilobil należy brać... - o rany, ale śnieżyca za oknem, zobaczymy czy samochód odpali - no i tak w ogóle to trzeba będzie odśnieżyć, bo inaczej się zabijemy... - ... I to nie tak, że te myśli się ciągną jedna za drugą, tylko pojawiają wszystkie na raz... Że niby nie można tak żyć? Że można zwariować? ...idzie się przyzwyczaić... Tak naprawdę można się przyzwyczaić do tego stopnia, że człowiek nawet nie przypuszcza, że można inaczej. Że inni tak nie mają... No że jak to, że się nie myśli o 5 sprawach poważnych i 15 zupełnie nieistotnych NA RAZ ??? To są własnie problemy, dla których ja na przykład nie potrafię medytować. Bo chociaż od wielu lat pracuję nad myślotokami, to jeszcze do końca ich nie opanowałam. Oczywiście pracuję. Raz ciężej raz wcale ;) Ale na przestrzeni prawie 10 lat biegające po głowie myśli zdredukowałam do 10%. Teraz jeszcze nie zaczęłam pracy. Bo jak zacznę, to się skupię na pracy, a z tym wkurwem na młodego jaki mam - nie potrafię. Więc muszę się NAJPIERW wypisać, wyładować, wywściekać - żeby potem móc zabrać spokojnie do pracy. Pisanie tej notki zresztą też przerywałam 500 razy. Bo się pojawiały myśli nie dające spokoju. Więc: - oczyściłam pilniczkiem paznokcie, żeby mnie nie denerwowały - wypuściłam psa na śnieg, niech przewietrzy pchły, popatrzyłam na śnieg, pośmiałam się z psa i wpuściłam do domu - powiedziałam mężowi, żeby obsadził łopatę, bo śnieg wali jak cholera i wróciłam do pisania notki, bo i to muszę zakończyć, żeby zdjąć z głowy. I móc się zabrać do pracy... Tak to mniej więcej działa. Młody musi mieć podobnie. A co gorsza nie próbuje nad tym pracować. Nie próbuje tego zmieniać. On jest z tego dumny. Mi ktoś pomógł. Zrodzona go zna. Ja bym sama nie wpadła na pomysł, że takie życie, z taką pralką to jest coś dziwnego, innego. Dzięki niemu mogłam zacząć nad tym pracować. Dzięki temu, że zobaczyłam różnicę, mogłam o tym powiedzieć młodemu. Ale on widocznie jeszcze nie dorósł do pracy nad tym. Jeszcze mu życie nie skopało dupy na tyle, żeby chciał pewne zachowania zmienić. Kiedy Bóg zamyka drzwi, otwiera okno? Piękny cytat. Dokładnie obrazujący stan. Wierzę w karmę. Wierzę w to, że nic się nie dzieje bez przyczyny. Że my tylko możemy nie umieć jej dostrzec. Nie bez przyczyny pojawiłam się w tej rodzinie. Z mózgiem zbliżonym w funkcjonowaniu do mózgu młodego. Który we własnej rodzinie nie ma nikogo, kto jest to w stanie zrozumieć. Ale jeśli nie chce z tego skorzystać... ciężka karma... skomentuj (3) 2010-01-27 12:27:42 Bardziej horror czy bardziej komedia...? No ciągle mi nie po drodze z tamtą notką. Zdecydowanie blog jako forma odreagowania to jest coś, co mi osobiście jest bezwzględnie potrzebne. Po prostu konieczne. Młody szuka (znalazł?) pracę... Szczęście wkurwiło się na gnojka ostatecznie i mu oświadczyło, że jeśli nie znajdzie normalnej, dającej utrzymanie pracy, to musi sobie od początku miesiąca znaleźć inne lokum. Młody sie przejął (na 15 minut, ale się przejął) i zaczął szukać. Połączyło się to z tym, że z ostatniej "pensji" robił sobie książeczkę sanepid, żeby poszerzyć sobie możliwości znalezienia pracy... Tu mała dygresja. Finansowanie młodego w chwili obecnej wygląda tak: młody przynosi MI kasiorę, ja w excelu robię zestawienie jego przychodów i wydatków (takie domowe SKO), doliczam minimalne koszty utrzymania. I to, czego nie zostaje (jak na chwilę obecną ma na swoim "rachunku" dobrze ponad 2000 debetu) dzielimy na to na co powinno iść... Czyli dla przykładu: z ostatniej "pensji" przyniósł niespełna 400 zł. Z czego: 150 poszło na szkołę, 80 na pierwszą turę kary do kolei mazowieckich, 150 na książeczkę sanepid...dalej wyliczać nie będę, bo mi się nie chce arkusza otwierać... Kar ma - lekko licząc, bez opłat sądowych itepe - koło 2000. Dwa do czterech tysięcy będzie kosztowało wstawienie mu zębów z przodu co to mu "koledzy" wybili. A gdzie utrzymanie? Gdzie wyżywienie? Gdzie mieć co na grzbiet włożyć? A przeciez młody ma gest. I próbował nam wytłumaczyć, że przecież posiłek w przerwie pracy polegający na kebabie za 10-15 zł czy też hamburgerze w mcdonaldzie za podobną kwotę (bo ma kartę zniżkową) to dobra cena... Wymiękł dopiero jak mu policzyliśmy jego stawkę żywieniową miesięczną... Stwierdził, że nie musi używac masła ;) I wracając do tematu - właśnie w świetle tej sytuacji - oboje wkurwialiśmy się, że młody nie może znaleźć pracy. Co prawda słowo "nie może" są tutaj nie adekwatne do sytuacji. Lepiej by pasowało "nie chce". Albo "nie chcem, ale muszem". Bo rodzice każą. Więc będę udawał, że chcem i bendem szukał pracy tak, żeby jej nie znaleźć. Technika stara jak świat i równie dobrze znana. Gorzej, jeśli starzy są jeszcze starymi wyjadaczami i mają świadomość, że dla młodego pracę MOŻNA znaleźć, jeśli się tylko chce. Pytanie podstawowe, to czy to on powinien chcieć, czy my... Tak czy inaczej Szczęście za pomocą swojego dictum wykonało kop w dupsko młodego. Młody w locie pochwycił rower i pogalopował szukać roboty. Wrócił z informacjami i nosem spuszczonym na kwintę. Bo on myślał, ze w McDonaldzie, to on dostanie na start 2200 na rękę. A tam na start to jest minimalna... Analogicznie w innych podobnych miejscach... W końcu popedałował do pośredniaka i wrócił z radosną na ustach nowiną, że tam wisi kartka, że trzeciego lutego będzie spotkanie z pracownikiem sieci XXX, który będzie tłumaczył na czym polega praca u nich i zachęcał ludzi... I że on się wybiera na to spotkanie... Wszyscy święci trzymajcie mnie... Wszyscy święci utrzymali mnie. Ale zapomnieli o Szczęściu. Szczęście z półobrotu wykonało kolejnego kopa w biedną dupinę młodego i oświadczyło, że skoro tam szukają, to niech zapierdala i próbuje rozmawiać... I to natentychmiast... Młody zapierdolił i spróbował. Miał farta, bo okazało się, że trafił na dzień rekrutacyjny, więc z biegu poszedł na rozmowę... Po czy wrócił do domu i tryumfalnie oświadczył, że w ciągu dwóch dni ma otrzymać odpowiedź... Na co otrzymał tradycyjną już zjebkę i usłyszał, żeby zapierdalał zwiedzać inne tego typu okoliczne sklepy, bo jeśli za dwa dni ktoś zadzwoni i powie, że nie, albo że da odpowiedź jeszcze za tydzień, to młody będzie sobie mógł co najwyżej igloo w polu postawić, zeby mieć gdzie spać... Przed dalszym wytrząsaniem dupy na wertepach w te mrozy uchronił młodego telefon. Pan zadzwonił, że młody jest przyjęty i żeby przyjechał po skierowanie na badania i wypełnił inne papierzyska. I to jak najszybciej, bo jeśli wszystko załatwi to może zaczynać pracę od poniedziałku... I pewnie sądzicie, że to już ten piękny moment, kiedy można odetchnąć z ulgą i przestać się denerwować? ...o naiwności ludzka... nic bardziej błędnego... Jak ja bym sobie wyobrażała załatwianie tej sprawy. Dzień pierwszy 1. Odbieram skierowanie. 2. Dzwonię (ew jadę po drodze, bo jest niedaleko od miejsca pracy) do przychodni ustalić jakie badania mam do wykonania i kiedy, oraz ILE i GDZIE za co płacę (przypomnijmy, że młody gotówkę musi pobrać ode mnie), umówienie się na konkretne godziny... Dzień drugi 3. Pobrać odpowiednią ilość kasy na badania 4. Siusiu w kubeczek i do kieszeni 5. Oddać krew krwiopijcom i inne tego typu rzeczy, które sa na czczo (śniadanie uffff....) 6. Rtg Dzien trzeci (kiedy będą wyniki wszystkiego) 7. Lekarz pracy i odebranie wpisu w książeczce Jak sprawę załatwia młody... Przypomnijmy najpierw, że na zewnątrz panuje temperatura -15, zaś młody jest dumnym posiadaczem pojazdu zwanego rowerem. Innych, wygodniejszych środków komunikacji (jak regularny, wygodny dojazd autobusem) - brak... Od domu do miejsca pracy - 3 km Od pracy do przychodni - 3 km (czyli z domu do przychodni jest 6 km) Od pracy do szpitala (rtg) - 4 km (czyli z domu do szpitala - 7 km) ...w jedną stronę... Dzień pierwszy: 1. Odbiór skierowania i tutaj już można spocząć na laurach, odpocząć, pojechać do szkoły i tam sobie posiedzieć 1,5 godziny, bo "co on będzie robił, nie ma po co wracać do domu" wracać po co rzeczywiście nie ma, ale przejechać się do przychodni i wszystkiego dowiedzieć... wiem, wiem, za dużo wymagam... Dzień drugi: 2. Obfite śniadanie 3. Telefon do przychodni celem dowiedzenia się wszystkiego Bezskutecznie. Dał się spławić informacją, że "pani musi zobaczyć skierowanie, żeby cokolwiek powiedzieć" W międzyczasie opierdol, że przecież badania się robi na czczo, pieniądze na pojemniczek na siusiu z dyspozycją zakupu w aptece... precyzyjne instrukcje... Kurs do przychodni: 6+6 km na rowerku... oczywiście bez pieniędzy (bo po co) po to, aby się dowiedzieć, że: krew i mocz rano następnego dnia (nie wiem czy do niego dotarło że na czczo) że: rtg to w szpitalu, po drugiej stronie wiaduktu. Ale wiaduktu nie mógł znaleźć, więc wrócił do domu, żeby mu tatuś wytłumaczył gdzie to jest... (wiadukt jest punktem, o który jakby zapytał 5-letnie dziecko, to by mu pokazało gdzie to..., przejeżdżał koło niego i pod nim tysiące razy) Opierdol. A kto powiedział, że mamy myśleć za niego i go trzymać za rączkę? Dorosły jest? To niech się zachowuje jak dorosły... Kurs do szpitala: 7km (+7km na powrót) Pieniędzy oczywiście nie wziął. Bo nie przypomniałam... Nie wiem czy są potrzebne... bo oczywiście może się zdarzyć, że szpital ma podpisaną umowę... albo że te badania się robi w ramach NFZ... Na razie pojechał... Obiecuję solennie policzyć niepotrzebnie wykonane kilometry... Czy mi się wydaje, czy on jest z innego świata? A tak w ogóle, to mnie już kurwa boli język, bo się ciągle muszę w niego gryźć, żeby nie przypominać dzieciątku o tak oczywistych rzeczach jak zabranie pieniążków... aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa.... adin dwa tri ćetyrie... ...lepiej pójdę spać... p.s. zapomniałam dopisać, że młody zrozumiał, że porannym świtem ma zapierniczać na rowerku nie wykonawszy nawet siusiu, bo przecież wszystkie badania mają na miejscu wykonywać i pewnie siusiu też tam będzie robił... ...może jeszcze na oczach pani... ...a może pani mu pomoże... ;P skomentuj (2) 2010-01-26 15:55:18 Wolniej, wolniej, wstrzymaj konia... dokąd pędzisz... Ale mam niusa... normalnie kapcie z nóg spadają.... Odnaleźliśmy starszego, nieznanego wcześniej brata bliźniaka młodego. Został rozpoznany po charakterystycznym dla młodego sposobie poruszania się, myślenia i tfurczego podejścia do pracy... To, że starszy odgadliśmy po tym, że umie szybciej chodzić... http://www.widelec.pl/widelec/1,99759,7494131,Ten_facet_jest_mistrzem_w_odsniezaniu_samochodu.html A najgorsze w tym wszystkim jest to, że poza słowem "brat" w tej notce, cała reszta jest szczerą prawdą. No niech mi ktoś powie, jak by rozwiązał sprawę, jeśli by musiał sobie poradzić z takim agregatem... p.s. rady "rozstrzelać" nie są mile widziane... skomentuj (0) |