|
BLOG
ANTY-POKEMONOWY
|
Nie pytaj mnie dlaczego tak napisałam tak pomyślałam tak czuję. Piszę dlatego, że myślę, czuję Więc nie pytaj mnie dlaczego sheena bloguje..."Jeżeli problem ma rozwiązanie - to nie ma co się martwić,
jeżeli jednak nie ma - to martwienie się niczego nie zmieni". 2009-11-02 17:53:41 Mam już dość... Co jeszcze... pojutrze spotkanie z psy, spotkanie z dyrekcją, rodzicami w sprawie wychowawczyni, którzy próbują całą sprawę zamieść pod dywan, w międzyczasie młody, któremu nieomalże trzeba dupkę podetrzeć... Ciągle zastanawiam sie nad swoimi oczekiwaniami. Względem innych ludzi. Gdzie są granice mojego oczekiwania opiekuńczości (nadopiekuńczości?) i matkowania przez np. personel medyczny, a gdzie zaczyna się zwykłe człowieczeństwo? I jak sobie poradzić z oczekiwaniem nadmiernego opiekowania się przez kogoś... skomentuj (0) 2009-11-02 17:39:17 A życie toczy, toczy swój garb uroczy... Zastanawiałam się ile czasu upłynie zanim zacznę krzyczeć "mam dość". Dwa tygodnie. Dwa tygodnie wystarczają, aby młody zaczął doprowadzać mnie do szewskiej pasji. Pan Bóg stworzył i zapomniał zniszczyć. Słowo. Ja nie mogę. Słowo daję, że z trzylatkiem szybciej się idzie dogadać. W każdym razie trzylatkowi łatwiej jest coś wytłumaczyć. A najgorsze jest, że wcale nie przesadzam. Dzisiaj udało mu się doprowadzić do szału i mnie i ojca na raz. A to już poważny sukces, bo zazwyczaj funkcjonujemy w przeciwfazie, więc działamy na siebie kojąco i sprawę przejmuje ta osoba, która chwilowo ma więcej cierpliwości... Albowiem młody zderzył się z problemem nie do przeskoczenia, jakim było URUCHOMIENIE ROWERU. No dobra, ja rozumiem że na tak skomplikowanej czynności jak smarowanie łańcucha, to on się nie musi znać, więc poprosiłam Szczęście, aby to zrobiło. Więc Szczęście powiedziało młodemu, żeby wyciągnął rower, tylko ostrożnie, najlepiej nie prowadząc tylko niosąc, bo jako nieużywany od kilku lat z pewnością nie ma powietrza w oponach i szkoda by było żeby poprzecinał dętki. To młody wyprowadził rower, wsiadł na niego i przejechał kawałek, żeby sprawdzić czy działa... A potem zupełnie nie przeszkadzało mu w pompowaniu kół to, że koła posiadają wentyle samochodowe, zaś pompka jest do klasycznych rowerowych... Ale nic to. Tyle jeszcze wytrzymaliśmy. Aż doszło do sklomplikowanej i wielce trudnej operacji montażu światełek. Przednich i tylnich. Oczywiście nowych, specjalnie zakupionych na okoliczność dojazdu młodego do szkoły. Owa super skomplikowana operacja sprowadza się do umiejętności posługiwania się śrubokrętem (podanym - żeby biedne dziecko uchronić przed pomyłką - przez zapobiegliwego tatusia). Nie ostrzegliśmy młodego - i tutaj jest nasz poważny błąd - że jak jest śrubka, to jest i nakrętka. I oczywiście natychmiast okazało się, że nakrętka wyparowała i w ogóle te gówniane lampki nie dadzą się zamocować. I że on pojedzie do szkoły (i wróci - po nocy), obie trasy oczywiście ulicami i drogami o dużym ruchu samochodowym. Adin dwa tri ćetyrie... Tylko spokój nas może uratować... Powiedziałam Szczęściu, żeby odpuścił i zamontował gówniarzowi te pierdolone lampki. Szczęście poszło na dół, przegrzebało swoje skarby, przyniosło nakrętkę i zamontowało. Młody pojechał. Ale zaczynam się zastanawiać ile jeszcze wytrzymam... skomentuj (0) 2009-10-24 20:20:19 Od czapy... Czasem człowiekowi wydaje się, że pomimo iż życie się toczy, to znajomemu który spyta "co u Ciebie" trzeba odpowiedzieć "w zasadzie to nic nowego". Czyli niby życie się toczy, ale... jakoś tak ciągle to samo kółko. I nawet nie bardzo mam o czym pisać w blogu. A czasem jak się zaczyna dziać, to można to spokojnie porównać ze skrzyżowaniem diabelskiego młynu z kolejką górską. Nie wiadomo czy śmieszne, czy żygliwe... Więc w "telegraficznym skrócie". Młody. Małż tknięty jakimś przeczuciem zebrał któegoś pięknego dzionka dupę w troki i pojechał nawiedzić młodego. Bo ani dodzwonić się do niego ani żadnego innego kontaktu. A jak jeszcze zadzwonił do roboty młodego i się okazało, że młody od dwóch tygodni w pracy nie był a i na najbliższy tydzień się nie wpisał, to już był w aucie i odpalał silnik. Oczywiście młodego zastał w chałupie, w wyrku, ironicznie posłuchał jak to młody w nocy był w robocie i teraz odsypia. Zmieszał się, jak ojciec powiedział mu co wie i parę słów do słuchu. I zostawił ku przemyśleniu życia. Po czym małż wrócił na naradę ze swą przeuroczą połowicą, co robimy z agregatem. Połowica najpierw się zaparła, że absolutnie niet dla młodego w domu, po rozmowie z młodym dnia następnego zaczęła się uginać, po kolejnej nocy postawiła młodemu twarde warunki i przyjęła pod swe opiekuńcze skrzydła. Ech, z tymi babami... W uproszczeniu warunki sprowadzają się do tego, że młody jest traktowany jak nieletni (na chwilę obecną 12-to latek) i otrzymuje korepetycje z życia i w miarę jak będzie dorastał, to będziemy go informować o zmianie wieku. Na chwilę obecną został przeniesiony do innej szkoły, na środę planuję zabranie go do psychiatry, w międzyczasie szuka pracy i pracuje w domu. Póki co (odpukać w niemalowane), stara się bardzo. Czyżby życie na własną rękę za bardzo dało mu w dupę? Młoda. Próbuje się zaaklimatyzować w nowej szkole. Nastolata w końcu. I w związku z powyższym stała się prowodyrem klasowej rewolucji. Znaczy się w ramach młodzieżowego buntu, zamiast buntować się przeciw nam, buntuje się przeciw wychowawczyni. Bo to zła kobieta jest. Znaczy się głupia cipa. Nawet nie ma co rozwijać, bo jak chwilę posłuchałam, to wysłałam młodą do pedagoga szkolnego co to deklaruje się jako pomost w sytuacjach konfliktowych między dziećmi i nauczycielami. Żeby znowu nie przedłużać, wszystko wskazuje na to, że klasa będzie próbowała zmieniać wychowawcę. Nawet p.o. mamusia uderzyła w klawisze i sprokurowała całkiem zgrabny liścik do pozostałych rodziców z zapytaniem co oni o tej sytuacji myślą. W każdym razie w najbliższych dniach się będzie działo. Ja. Po raz pierwszy od hen hen "zrobiliśmy to" wtedy, kiedy potencjalnie mogłam zaciążyć. I już tak sobie myślę, że bym chciała, żebym jednak zaciążyła, bo w końcu bym się przestała zastanawiać czy chcę tego czy nie. Tylko mleczko by się rozlało i trza by się przystosować do sytuacji. No, a tak a to mnie brzuch (oczywiście DZIWNIE), oczywiście już się DZIWNIE czuję - i to od dwa dni po... tia... poebało mi sie we łbie chyba... A staniki przyszły i wszystkie odesłałam, bo jak złośliwie skomentował małż (normalnie go uwielbiam) "aż tak" to mi biust nie urósł. To odesłałam, a teraz zaczynam chorować na następne. I czekam na przecenę. I to jeszcze zanim mi uszyją na życzenie... No. To teraz mam tematów do pisania, któe mogłabym rozwijać przez tydzień. I jak ja mam się w tym życiu nudzić? skomentuj (0) |